
Kolejne moje ultra, przy którym długo zastanawiałem się, czy w ogóle pisać relację — głównie przez liczne niedociągnięcia i wpadki. Ostatecznie jednak, skoro była to ostatnia edycja tego biegu, nie muszę się martwić, że komuś zrobię złą reklamę na przyszłość. A jednocześnie szkoda byłoby zostawić to bez słowa, bo mimo wszystkich minusów sporo się tu działo, a sam bieg zostawił po sobie emocje, o których warto opowiedzieć a były dziwne sytuacje.
Zacznę najlepiej od piątku, bo wtedy od 16:00 otwarto biuro zawodów dla dystansu SUPER (Fala Park Wolsztyn) — czyli moment, w którym tak naprawdę zaczynał się cały bieg. Same przygotowania to nuda, więc dopiero wtedy czułem, że coś się dzieje. Pełen energii, jeszcze naładowany węglowodanami i kompletnie nieświadomy, na jaką przygodę się pakuję, nagrałem wstęp do filmiku na YouTube i razem z żoną usiadłem w okolicy startu. Ten miał nastąpić o 18:00.
Tym razem nie musiałem od startu lecieć jako pierwszy. Zwykle początek zawsze brałem na siebie, bo nikt nie chciał wyjść na czoło choćby na pierwszy kilometr. Tutaj wyszło inaczej — i to z bardzo prostej przyczyny. O 17:58 wybrałem mapę do nawigacji na Fenixa 6X, a zegarek po prostu się zawiesił. Musiałem więc odsunąć się na koniec stawki, zrobić szybki reset i wystartować… bez mapy. Jak patrzę na to dziś to był naprawdę cud że się udało zdążyć. Wgrałem ją dopiero chwilę później, tuż po nagraniu pierwszego filmiku na YouTube. Mało brakowało, a pobiegłbym w ogóle bez zegarka, nie zarejestrował biegu w Garmin Connect i nie zdobył odznaki za 100 mil. Mówi się, że nie liczy się czas, tylko to, żeby zmieścić się w limicie — więc ruszyłem wiedząc, że przede mną pełne 100 mil i muszę dotrzeć do jutra, do 21:00. A czy dam radę… to miało się dopiero okazać. Wszystko zalezało od tego czy sie wyrobie z czasem w punktach kontrolnych i przepakach.
Biegło się naprawdę dobrze. Trasa była piękna, lasy robiły swoje, a piaszczyste podbiegi potrafiły solidnie dać w kość. Meta była daleko, ale było zadanie do wykonania — a jak już coś sobie postanowię, to muszę pokazać, że się da. To akurat żona potwierdzi 🙂 Strach przed tym, co czeka na trasie przez kolejne kilkanaście godzin, i przed bólem, który na pewno się pojawi, to chyba normalne.
Punkt 1: PKT1: Kuźnica Zbąska (14 km)
Dobiegłem do Kuźnicy Zbąskiej, uzupełniłem picie, a tu niespodzianka — czekała na mnie żona. Nagrałem krótki filmik, szybka sesja zdjęciowa 😉 i ruszyłem dalej.
Widoki były naprawdę ładne , nie będę się rozpisywał bo to dopiero 14 km 🙂
Punkt 2: PKT2: Jastrzebsko StareI (25 km)
Drugi punkt kontrolny — kolejne tankowanie, kolejny żel i w drogę. Nagrywałem filmiki, powoli zapadała noc, więc niewiele było do opisywania. Poza niespodzianką ze startu wszystko szło zgodnie z planem. Jedynie ciągły piach w butach potrafił doprowadzić do szału
Punkt 3: PKT3: Miedzichowo (38km)
Tutaj biegło się już lepiej — droga była twardsza, miejscami nawet pojawił się świeży asfalt. Po drodze mijałem też śpiące konie stojące w zagrodzie, co w ciemności było dość interesującym widokiem. Mimo tego w głowie miałem już przeprawę na 42. kilometrze, przez mały mostek w środku lasu. Na jednej z wcześniejszych edycji zaliczyłem tam kąpiel, więc podchodziłem do tego miejsca z lekkim strachem,
Jak się biegło? Mocy mi nie brakowało, to na pewno — tylko do mety było jeszcze daleko, a noc robi swoje. W ciemności jest mnóstwo czasu na myślenie i… delektowanie się bólem nóg oraz coraz liczniejszymi odciskami. A tych przybywało z każdym kilometrem; podejrzewam, że to przez piach w butach i zbyt krótką przerwę po Ultramaratonie Nowe Granice.
Jeśli chodzi o mostek na 42. kilometrze, tym razem przeszedłem go bez większych problemów. Zbliżał się przepak, a tam czekały na mnie suche buty i kurtka, na co bardzo liczyłem — robiło się coraz chłodniej, a trasa prowadziła przez podmokłe tereny, gdzie temperatura zawsze spada bardziej.
Punkt 4: PKT4: Nowy Tomyśl(56km)
O 1:50 opuściłem przepak — w suchych ciuchach i z zapasem żeli energetycznych. Punkt był otwarty do 3:00, więc niby miałem zapas czasu, ale czułem, że jestem z tyłu. Pozostało tylko wierzyć, że to nadrobię, i ruszyć dalej. Sam nie wiem czemu, ale byłem już obolały jak po maratonie. 🙂 A racja przecież to juz prawie 60 km …
Punkt 5: PKT5: Wąsowo (71km )
Wypiłem herbatę i chyba trochę za długo posiedziałem. Uzupełniłem wodę, pogadałem z ludźmi na punkcie… i aż się rozleniwiłem, a przecież to nawet nie była jeszcze połowa trasy.
Nogi bolały coraz mocniej, a odciski na stopach zaczynały być naprawdę poważnym problemem. Z każdym kilometrem czułem, jakby ktoś wbijał mi w podeszwę małe gwoździe. Bieg stawał się coraz trudniejszy, tempo siadało, a ja musiałem kombinować, jak stawiać stopy, żeby choć trochę zmniejszyć ból. To już nie była zwykła niewygoda — to był przeciwnik, który od tego momentu miał mi towarzyszyć już do konca, bo jechanie na ketonalu nie przystoi ultrasowi.
Punkt 6: PKT6: Porażyn(90km),
Kiedy biegłem GWiNT-a po raz pierwszy, właśnie w tym miejscu zakończyłem przygodę. Teraz, gdy zaczęło świtać i usłyszałem śpiew ptaków, morale automatycznie poszło w górę. Jednak brak snu też zaczynał dawać o sobie znać — noc bez zmrużenia oka potrafi nieźle namieszać w głowie.
Punkt 7: PKT7: Lasówki
Woda nalana, lecę dalej- co więcej pisać
Punkt 8: PKT8: Grodzisk Wielkopolski(110km),
Zupa, na którą tak liczyłem, niestety zupełnie mi nie podeszła. Do tego chyba za bardzo się zasiedziałem — im dłużej siedziałem, tym wyraźniej czułem, jak stopy sztywnieją i pulsują bólem. Zmiana ubrań i butów zajęła mi stanowczo za dużo czasu, a każde wstanie z krzesła było jak walnięcie prądem w obolałe miejsca. Mimo wszystko zebrałem się w sobie i ruszyłem dalej, bo przecież o to w tym wszystkim chodziło: iść naprzód, choćby bolało. Bo jak zdąże Julka będzie na mecie.
Biegło się… a właściwie szło się tragicznie. Marzyłem o tym, żeby złamać 24 godziny. Zwykła matematyka mówiła, że to jeszcze jest do zrobienia, ale tylko pod warunkiem, że będę mocno cisnął — szybkim marszem, a najlepiej biegiem. Tyle że ciało miało na ten pomysł zupełnie inne zdanie
Punkt 9 PKT9 Rakoniewice(132 km),
Krok za krokiem do celu — wszystko miałem dokładnie wyliczone: średnie tempo, jakie musiałem utrzymać na mecie, żeby złamać dobę. Teraz chodziło tylko o trzymanie się tych liczb i nieodpuszczanie. Niestety szybko dotarło do mnie, że idąc marszem piję zdecydowanie więcej niż podczas biegu — zwyczajnie spędzam więcej czasu na trasie. Do tego żele zaczęły mi już w ogóle nie wchodzić, jakbym miał od nich odruch wymiotny. A to nie wróżyło niczego dobrego.Jedyne co wróżyło to odwodnienie
Punkt 10 PKT10 Głodno(132 km)
Jedynym ratunkiem było zdobycie 1,5-litrowej butelki wody na trasę. Ponieważ 2x 700ml to za mało na marsz w tym wypadku. Udało mi się ją dostać — za co naprawdę dziękuję — i od razu ruszyłem dalej, bo każda sekunda miała znaczenie. Do tego zaczęło robić się piekielnie gorąco, jakby ktoś nagle podkręcił temperaturę o kilka stopni
Meta była już blisko, a ściganie się z czasem, żeby zdążyć, stało się największym wyzwaniem tego ultramaratonu. Wiedziałem jedno — w Wolsztynie czekała na mnie Julka, żeby razem ze mną finiszować. Sama myśl o tym dawała mi takiego kopa, że mimo bólu i zmęczenia nie mogłem odpuścić.
WOLSZTYN META
Tego, co działo się na ostatnim kilometrze, właściwie nie da się dobrze opisać. Biegłem i jednocześnie płakałem, wypatrując córki, z którą miałem przekroczyć metę. Kiedy ją zobaczyłem, cały ból zniknął, jakby ktoś odciął go nożem. Wbiegliśmy razem na ostatnią prostą, a tuż za linią mety czekała już żona. Spojrzałem na zegarek — 23:54:35. Zdążyłem. Zadanie wykonane. Super GWiNT 100 mil pokonany. Dzwoniąc dzwonkiem myślałem tylko o tym by w końcu odpocząć.
Trudno mówić sukces jeśli czujesz niedosyt. Wróć do Swoich myśli z ostatnich 2 godzin biegu. Tam pewnie znajdziesz odpowiedź. Jedno można powiedzieć na pewno. Trzeba mieć wyobraźnię, żeby stanąć na starcie. Szczęśliwa meta to już pochodna 1000 drobnych zwycięstw i porażekEdward Drzazga ( komentarz pod wpisem na facebooku z 2019 Gwinta )


























