
Nie każdą historię trzeba opisywać. Są jednak takie biegi, które po prostu zasługują na swoją historię. Festiwal Biegowy Ultra Way „Gwiazda Północy 160+” który sie odbył w czerwcu 2026 jest jednym z nich.
To było moje drugie podejście. Poprzednim razem po 27 godzinach i 152 kilometrach powiedziałem „dość”. Czy słusznie? Do dziś nie znam odpowiedzi. Wiem tylko, że tamten bieg został gdzieś we mnie i po kilku latach wciąż chciałem wrócić.
Tym razem miałem jednak coś, czego nie miałem wcześniej.
Obietnicę.
A kiedy obietnicę składa się własnemu dziecku, wszystko nagle wygląda inaczej. Nie biegłem już tylko dla siebie. Miałem przed sobą coś, co wymyśliła Julka, i słowo, którego zamierzałem dotrzymać. Nie zdradzę jeszcze, czego dokładnie dotyczyła ta obietnica. Powiem tylko jedno – na trasie nie raz żałowałem, że w ogóle ją złożyłem.
Ale słowo to słowo.
Wszystko po kolei…
Dzień wcześniej odebrałem pakiet startowy z biura zawodów. Numer 24. Przepaki przygotowane, wszystko spakowane, sprzęt ogarnięty. Cała ta przedstartowa logistyka to jedna wielka nuda, więc nie będę się nad nią rozpisywał. Wszystko było gotowe. Ja również. Tym razem nie przyjechałem sprawdzać, czy dam radę. Przyjechałem zrobić swoje. Został tylko start.
Zacznę najlepiej od piątku, od godziny 9, czyli od chwili, gdy pojawiłem się na starcie – tym razem nie w Rumii, a w malowniczym Pucku. Rynek powoli zapełniał się zawodnikami, czuć było atmosferę startu, rozmowy, ostatnie poprawki sprzętu i to charakterystyczne napięcie, które pojawia się przed długim biegiem. Do tego słońce od samego rana przypominało, że lekko nie będzie.
Start zaplanowany był na godzinę 10 26.06.2026. Jak zawsze byłem pełen energii, wręcz tryskający węglowodanami. 😉 Nagrałem wstęp do filmu na YouTube, ostatnie spojrzenie na sprzęt i ustawiam się na linii startu.
Tym razem Fenix 7X nie odmówił posłuszeństwa, tak jak na Gwincie 2025 100 mil , więc przynajmniej jeden problem miałem z głowy..brak resetu garmina
Pięć lat temu twierdziłem, że nie zejdę z trasy, nawet jeśli nie zmieszczę się w limicie.. Dziś wiem, że było to trochę głupie i niedojrzałe podejście.
W tym roku wiedziałem jedno – nie złamię się, dopóki nie wykonam swojego minimum. Oczywiscie wyjatkiem kontuzja, albo inne nieprzewidziane groźne dla zdrowia przeszkody.Bałem się jednak upału. Ponad 35 stopni przy takim dystansie to nie żarty i wiedziałem, że w pewnym momencie może pojawić się granica, której ze względów zdrowotnych nie powinienem przekraczać. Tylko że dla ultrasa słowo „odpuść” zawsze brzmi podejrzanie. A ja przecież nie przyjechałem tu odpuszczać.
Pierwsze kilometry biegło się dobrze. Widok na zatokę, przez większość nazywaną po prostu morzem, robił robotę. Meta była jeszcze cholernie daleko, ale na początku człowiek o tym nie myśli. Tym razem biegłem w Asics Trabucco 13 i na szczęście noga trzymała się dobrze. Problem to 2×450 ml na 25 km to tak bardzo ryzykowne z piciem przy upale.
A widoki? Nieziemskie. Błękit nieba, woda, otwarta przestrzeń i ten charakterystyczny nadmorski klimat. Można było biec i chłonąć to wszystko, choć z tyłu głowy cały czas siedziała jedna myśl – przede mną jeszcze ponad 150 kilometrów.
Punkt 1: PKT1: REDA BETLEJEM (25 km)
Reda. Woda do pełna, wszystko co nadawało się do jedzenia – zniknęło. Szybki filmik, ekspresowa sesja fotograficzna 😉 i bez zbędnego gadania dalej w trasę. – kilometry same się nie zrobią.
Koło 15 km były tory po których jeździła SKM-ka i aż korciło by wsiąść w pociąg i pojechać dalej… Podbieg za podbiegiem, teren pofałdowany, więc coraz częściej zamiast biegu – marsz. Do tego upał, który wysysał siły szybciej niż kilometry. Tempo siadło, nogi zaczęły swoje, a ja wiedziałem już jedno – to nie będzie walka z czasem, tylko z własną głową i rozsądkiem.
Widoki naprawdę robiły robotę, ale nie będę się jeszcze nad nimi rozwodził. To dopiero… a może już… 25 kilometr. Na ultra to przecież jeszcze nawet nie początek zabawy. Meta nadal była cholernie daleko.
Punkt 2: PKT2: JEZIORO DOBRE (50km)
Drugi punkt kontrolny, kolejne tankowanie i jedzenie – czego dokładnie, już nawet nie pamiętam. Byłem strasznie odwodniony, a na dodatek wcześniej źle skręciłem, przez co nadrobiłem kilka kilometrów. Czas coraz bardziej mnie gonił, więc na punkcie wszystko robiłem w totalnym biegu – uzupełnić płyny, coś zjeść i w trasę. Z drugiej strony… co to za ultra, jeśli ani razu się nie zabłądzi i nie trzeba później nadrabiać czasu? 😉 Na szczęście wiedziałem, że w nocy zrobi się chłodniej i wtedy będę mógł sporo nadrobić. Byłem już konkretnie zajechany, ale dawałem radę. -Obiecałem dziecku połowe trasy . A ja dotrzymuję słowa.
Po drodze trafiłem na miejsce, które zupełnie nie pasowało do tego, co działo się wtedy w mojej głowie. Leśna cisza, wysokie sosny, a pomiędzy nimi kaplica i pomniki Piaśnicy.Pomimo ,że było tam sporo cienia to było czasu na dłuższy odpoczynek niż na poprawienie sznurowadeł i kika fotografi .
Pamiętam, jak pięć lat temu biegłem tędy w środku nocy po ciemku. Wtedy przejście przez ten las miało w sobie coś trudnego do opisania. Teraz było jasno i po raz pierwszy mogłem zatrzymać się na chwilę i naprawdę zobaczyć, gdzie jestem. Człowiek biegnie, myśli o bólu, wodzie, kilometrach i czasie, a potem trafia w miejsce, które nagle przypomina, że są rzeczy znacznie większe niż nasz własny wysiłek.
A później ruszyłem. Bo niezależnie od wszystkiego mój dystans sam się nie zrobi.
Punkt 3: PKT3: REDA BETLEJEM (72 km) i pierwszy przepak
Na przepaku zrozumiałem, ile człowiek potrafi w siebie wlać wody. Odwodnienie było już realnym zagrożeniem. Przy takim upale moim zdaniem powinny być jeszcze dodatkowe punkty z wodą. Wiadomo, każdy zabiera tyle, ile jest w stanie udźwignąć. U mnie był bukłak w plecaku plus dwa bidony, ale przy takich temperaturach to momentami i tak było za mało. Popełniłem głupi błąd, zadbałem o wodeę i nie było miejsca w brzuchu na coś bardziej energetycznego. W efekcie koncowym objadłem się tylko arbuzem.
Same żele z elektrolitami bez odpowiedniego uzupełniania płynów nie są rozwiązaniem, a wręcz mogą zrobić więcej złego niż dobrego. Przebrałem się w świeże buty, koszulkę i praktycznie całą resztę ubrania. Niby drobiazg, a człowiek od razu poczuł się jakby ktoś podłączył nową baterię. Wiem, że straciłem tam trochę czasu, ale nie żałuję ani sekundy.
Problemem było jednak to, że do kolejnego punktu z wodą czekało mnie ponad 25 kilometrów – 3-4 godziny Przy takim upale uważam to za lekką przesadę. Nawet zbliżajaca sie noc nie jest tutaj dla mnie wystarczającym usprawiedliwieniem, szczególnie że po całym dniu w tych warunkach wielu zawodników i tak poruszało się marszem albo marszobiegiem.
Nie było więc czasu na narzekanie. Trzeba było wycisnąć z siebie jeszcze trochę i ruszyć dalej.
Tu głównym problemem było już nie tempo, a jedno proste pytanie – jak pokonać dystans do 98. kilometra, żeby wystarczyło wody?
Byłbym nieodpowiedzialny, gdybym udawał, że czułem się wyśmienicie. Byłem ugotowany. Upał zrobił swoje i wyraźnie czułem pierwsze oznaki odwodnienia. A najgorsze było to, że przede mną wciąż była ogromna część trasy.
Zrobiło się ciemno i w końcu przyszło trochę chłodu. Czołówka na głowie, tempo spokojniejsze, coraz więcej marszobiegu. I właśnie wtedy zrozumiałem, że druga połowa tej trasy może kosztować mnie znacznie więcej, niż chciałem za nią zapłacić. Nie dlatego, że nie miałem już siły. Wręcz przeciwnie. Wiedziałem jednak, że przede mną jeszcze wiele godzin w upale, a ja mam dla kogo żyć. Bieg jest ważny, ale zdrowie jest ważniejsze. Na 84. kilometrze Garmin również postanowił zakończyć swoją przygodę. Uznałem to za jakiś znak z góry. 😉 Do tego moje wcześniejsze zabłądzenie dorzuciło kolejne 2×7 kilometrów, więc finalnie wyszło mi około 100 km.
I właśnie tyle wystarczyło.
Obietnica złożona Julce została dotrzymana – ponad połowa jej obiecanych 50 mil była zrobiona. Zadzwoniłem więc, że schodzę z trasy. Po drodze odebrał mnie brat. I wiecie co? Dziwnie dobre uczucie. Prawie 100 kilometrów, a pierwszy raz zszedłem z ultra nie dlatego, że kontuzja albo brak mocy powiedziały „koniec”. Tym razem to ja podjąłem decyzję. Z rozsądku.
Oczywiście, pewnie dałbym radę dotrzeć do mety w limicie. Tylko pytanie – jakim kosztem?
Patrząc na to, że prawie połowa zawodników również odpuściła, dziś wiem, że była to jedna z mądrzejszych decyzji, jakie podjąłem na trasie. Respekt dla wszystkich którzy ukonczyli.
Ogólnie bieg wspominam dobrze. Oczywiście, że został niedosyt. Może jeszcze kiedyś wrócę na tę trasę, a może nie. Widocznie ukończenie tego znowu biegu nie było mi tym razem pisane.Czy jednak wybranie zdrowia było złym pomysłem? Nie sądzę. Ultra to nie tylko zaciskanie zębów i udowadnianie, że można biec za wszelką cenę. Czasem największą wygraną jest wiedzieć, kiedy powiedzieć „wystarczy”. –Rozsądek też jest częścią ultramaratonu.
Mam dla kogo żyć więc trzeba dbać o zdrowie.
Trudno mówić sukces jeśli czujesz niedosyt. Wróć do Swoich myśli z ostatnich 2 godzin biegu. Tam pewnie znajdziesz odpowiedź. Jedno można powiedzieć na pewno. Trzeba mieć wyobraźnię, żeby stanąć na starcie. Szczęśliwa meta to już pochodna 1000 drobnych zwycięstw i porażek
Edward Drzazga ( komentarz pod wpisem na facebooku z 2019 Gwinta )






























